RECENZJA: eŁ. "Rzeźby EP"

W ostatnich dniach miała miejsce premiera pierwszej solówki nijakiego Księcia Kapoty, jakiś czas wcześniej Wojtek Sokół rozbił bank goniąc piętnaście koła preorderów bez opublikowania nawet połowy utworu, tracklisty czy chociażby tytułu albumu. W tak zwanym między czasie kolejne nierozgarnięte dzieci YouTube'a chwyciły za mikrofon skutecznie udowadniając sobie i ziomom, że psu w dupę taka robota. Na scenie coraz częściej wrze jak w garnku grzanym na dużym ogniu. Tymczasem gdzieś w cieniu mainstreamowego zgiełku podziemie dzierga metaforyczne t-shirty na drutach z nadzieją, że w przyszłym sezonie dziatwa z bloków będzie odziana w tą bawełnę. W praktyce rozstrzał jakościowy undergroundu jest i zawsze był olbrzymi, a recenzowanie tych płyt to nierzadko droga przez ciernie, które później tygodniami wyciągam z małżowin. Kilka tygodni temu dostałem EP-kę do recenzji i tym razem było inaczej, zdecydowanie inaczej...





Inaczej powiadasz? Tak, już w pierwszym mailu, który otrzymałem od Łukasza (eŁ) autora "Rzeźb" panował pewien dysonans poznawczy. Bo jeśli typek z drugiego końca kraju piszę, że nawija ledwie od pół roku i podsyła mi swoje rzeczy do sprawdzenia to brak odpowiedzi na takiego maila jest najczęstszą formą odpowiedzi, którą kieruje do adresatów z tego rodzaju stażem scenicznym. W tym konkretnym przypadku mail uzbrojony był w dwa linki do przykładowych tracków z "Rzeźb". No i bang! Sprawdziłem. To dobre numery, zwłaszcza ten pierwszy. Na tyle dobre, że równolegle z tyłu głowy pojawiła się myśl, że albo ziomek ściemnia albo mamy tutaj do czynienia z talentem czystej wody. "Dawaj mnie to płytę tu, czas się przekonać". Przesłuchałem, dzisiaj recenzja.

01. Intro
02. Ten stan
03. Zadanie domowe
04. Demony (feat. Kabzet)
05. Zaszaleć chcę
06. Lara Croft
07. Brutus
08. Rzeźby
09. Przeszłość (feat. DPK)
10. Yin i Yang (feat. Zygi)

"Rzeźby" to liryczna i stylistyczna sinusoida, a przy tym bardzo emocjonalna rzecz, która przy odsłuchu od dechy do dechy wprawnie dozuje wrażenia u słuchacza. Po dość psychodelicznym intro dostajemy dwa pozornie refleksyjne tracki w postaci "Tego stanu" i "Zadań domowych". Pozornie? Tak, bo gdzieś między wierszami mimowolnie da się wyczytać bunt, pesymizm, czy też momentami zrezygnowanie. Sentymentalizm, który wylewa się z tych utworów zostaje brutalnie przerwany za sprawą "Demonów" z gościnnym udziałem Kabzeta, czy nieco później tytułowych "Rzeźb". W mojej opinii cały patent i klimat tej EPki zbudowany został na pewnego rodzaju rozdarciu, czy niestałości wynikającej z mniej lub bardziej poważnych problemów egzystencjalnych autora kontrowanych wrażliwością i używkami. Przy tym Łukasz nie kalkuluje, czy też ujmując rzecz bardziej dosadnie nie pierdoli się w tańcu, nie szuka gładkich zwrotów, miałkich formułek, czy jakichś eufemizmów w opcji "political correctness". Tak w jedną (pozytywną) jak i w drugą (negatywną) mańkę. Przykładowo jeśli dedykuje utwór zatytułowany "Lara Croft" wybrance swojego serca to jest to zbiór ciepłych słów, ale też bezpośrednich wyznań, które nie pozostawiają jakichkolwiek niedomówień w kwestii łączącej ich relacji. Wszystko po to, by w kolejnym utworze "Brutus" nomen omen brutalnie rozliczyć się z byłem przyjacielem, który wbił mu symboliczny nóż w plecy. Nieoczywistym plusem jest fakt, że przy tak dużej dosłowności przekazu raper wprawnie operuję metaforą, na co doskonałym przykładem jest wykozaczony refren z "Rzeźb" (cytuję go poniżej). Ten schemat powtarza się kilkukrotnie, przez co słuchacz chcąc nie chcąc koncentruje uwagę na nagraniach, których treść w efekcie zostanie z nim na dłużej. 

"Rzeźbię między wspomnieniami 
odtwarzam je dokładnie jak klasyki w starym audio 
przenoszę się do nich myślami 
oprócz nich nie potrafię czuć już nic, jestem skałą
kiedyś puzzli układanka połączona w jedną całość zbierając kolory świata 
znikał kawałek do kawałka, teraz skamieniały bliski kolor czarny jak ten blat"  

Dobra, a jak to jest z tym półrocznym stażem za mikrofonem? Otóż nadspodziewanie dobrze, bo nawet jeśli eŁ kilkukrotnie nie zmieścił wersetu między stopą, a werblem to słucha się tego wprost doskonale. Ziomek efektywnie zmienia flow w zależności od klimatu poszczególnych utworów i chociaż mi bardziej podchodził w tych cięższych numerach, to naprawdę ciekawie to brzmi jako całość. Ponadto Łukasz pozbawiony jest maniery, nazwijmy ją "drżącego wokalu", charakterystycznej dla niedoświadczonych MC's, którzy pozbawieni pewności siebie nawijają niejednokrotnie półszeptem. Nic z tych rzeczy! On po prostu wpierdala się z impetem w bit i bierze co swoje. Po wtóre, jak nadmieniłem w poprzednim akapicie "Rzeźby" to rzecz dojrzała lirycznie, co w mojej opinii jest jej największym atutem. Tym bardziej, że autor nie powiela schematów znanych z dokonań Lil' Young'ów i całej tej gównomody zza oceanu, a konsekwentnie szuka własnych patentów i sili się na niezależność, za co wielka piątka. Tutaj wiele wyjaśnia "Yin i Yang", bodaj jedyny braggowy numer na EP-ce. Jeżeli dodamy do tego fakt, że materiał ma charakter nielegala za sprawą bitów, które co trzeba przyznać zostały "skradzione" z gustem i gości w osobach Zygiego, Kabzeta i DPK, którzy wnoszą świeżość i alternatywne spojrzenie może się okazać, że to po prostu ponadprzeciętna płyta jest. Tak to widzę. I nawet jeśli jest kilka rzeczy do poprawy, to dzisiaj boję się pomyśleć jak eŁ nawijał będzie za dwa, trzy lata. Tym bardziej, z tego co pisał w przygotowaniu jest kolejny projekt, tym razem legal nagrany w profesjonalnym studiu. Nie pozostaje mi nic innego jak trzymać kciuki za powodzenie na rapowym szlaku, bo najkrócej rzecz ujmując takiej młodzieży nam dzisiaj potrzeba.





"Wielkie eŁ - zapowiedź nowej gry i zmian"
Tazz RBB | tazz@rapbiznes.com

2 komentarze: