RECENZJA: Konczal "Stan wyższej konieczności"

Po ostatnich recenzjach manistreamowych albumów Tego Typa Mesa i Kuby Knapa przyszedł czas, by zejść do rapowego podziemia albo... nawet piętro niżej. Konrad Konczalski vel Konczal to typ, o którego dotychczasowej działalności scenicznej wiedziałem tyle samo, co o rozgrywkach piłki ręcznej w Albanii, znaczy nic, null, zero. Kto to? Co to? - zapytasz. Dwudziestoletni reprezentant Gdańska, który nagrał nielegal tytułowany i zapewne powodowany "Stanem wyższej konieczności". Celowo nie użyłem terminu "raper" bo cytując jedną z ostatnich wypowiedzi legendarnego Winicjusza to, że ktoś kopie piłkę pod blokiem nie oznacza, że jest piłkarzem. Analogia jest dość prosta. Przesłuchałem to dla was, wnioski poniżej.








Niemal każdy nielegal, który szura brzuchem po podziemiu traktuję jako swoistą bombę z opóźnionym zapłonem. Z tą różnicą, że czasami rozsadza mnie z wkurwienia, które spowodowane jest brakiem cierpliwości do trawienia "dokonań" noskilli, z kolei innym razem po prostu wybucham... śmiechem. Taka sytuacja, a jakie emocje wzbudził we mnie Konczal i jego nagrania? No właśnie paradoksalnie ambiwalentne, w sumie nijakie. Piętnaście tracków, na które składa się materiał to na tyle poprawna rzecz, bym nie zdecydował się wbijać symbolicznej szpili za szpilą, tylko po to by finalnie spuścić "SWK" w kiblu wraz z licznym zastępem pseudotwórców, których miałem nieprzyjemność poznać w mojej "karierze". Z drugiej strony chwalić także nie bardzo jest za co. Bo o ile dość eklektyczne i zupełnie nienajgorsze "Intro (pierwsze myśli)" obudziło we mnie pewne pokłady nadziei, że może tutaj wydarzyć się coś fajnego to później była tylko równia pochyła i próba uczepienia się czegokolwiek, co jest dobre, a ostatecznie chciałem tylko i wyłącznie dotrwać do finiszu, co w praktyce udawało się niezwykle rzadko. Poniżej tracklista i rozwinięcie wątku.

01. Intro (pierwsza myśl)
02. Któryś z kolei
03. Gorszy sort
04. #love_story
05. Brak kontroli
06. Obławy
07. Dirty skit
08. Cyrk żenady feat. Zygi
09. Nie udaje się nic
10. Offline
11. Nie wszystko
12. Inne miejsce
13. Coś dla mnie
14. Dirty skit 2
15. Outro

Mój główny zarzut do Konrada to brak wyrazistości i patos, który nieprzerwanie unosi się gdzieś między numerami, nie dając o sobie zapomnieć. Wersy w opcji "nie wszystko wygląda tak jak byśmy chcieli", czy też "wszystko się dzieli na dobro i zło", a "życie to kurwa" odbieram jako liryczne harakiri. Niestety, takich zgrzytów jest więcej, przykładowo wyjaśnienia kończące "Cyrk żenady", utwór o charakterze typowo bekowym, że jest to numer dla beki traktuję jako szczyt bezbeku. Chociaż akurat gościnka Zygiego w tym numerze to jeden z nielicznych jasnych punktów tego LP. Czepiając się dalej zaśpiew kończący refren w kawałku "Inne miejsce" każdorazowo był dla mnie nie do przebrnięcia, skutecznie dopełniając czarę żółci, która właśnie wylewa się na klawiaturę. Nie znając człowieka osobiście trudno stwierdzić czy te nazwijmy je mankamenty to efekt braku dojrzałości, czy też szablonowe grzechy młodego artysty. A może jedno i drugie, co z kolei w ogóle nie przeszkadza mi bezpretensjonalnym wytknięciu ich palcem.

Stylistycznie album to kompilacja form, od staroszkolnego "Gorszego sortu", przez chilloutowe "#love_story", po nie do końca udane próby udźwignięcia niuskulowych jazd. Całość "ubrana" została w dość irytujący wokal, który balansuje na granicy nie w pełni domkniętej mutacji głosu, chociaż to chyba nie ten wiek. Szczególnie było to widoczne w numerach, gdzie podkłady miały cięższy i bardziej mroczny klimat, co w efekcie potęgowało efekt kontrastu. Oczywiście z technicznego punku widzenia nawet z najdziwniejszej barwy głosu uczynić można atut w opcji znaku rozpoznawczego lub dokonać skutecznego samozaorania jadąc kulawo po bicie. Różnicuje to poziom charyzmy i pewności siebie danego rapera, który w obliczu recenzowanego materiału do najwyższych nie należy. Co więcej doczekaliśmy już czasów, w których sam fakt zmieszczenia wersu między stopą, a werblem już dawno przestał być dodatkowo premiowany. Propsowanie tego byłoby równie nieodpowiedzialne, co wręczanie prawa jazdy każdemu, kto potrafi jeździć prosto.

Podsumowując "Stan wyższej konieczności" to na tyle niecharakterystyczna i obła konstrukcja muzyczno-liryczna, że pomimo kilkunastu odsłuchów jedyne co zostało w mojej głowie to bardzo dobre bity, niestety jak na nielegal przystało kradzione oczywiście. Z drugiej strony jestem ostatnią osobą, która chciałaby komukolwiek gasić zajawkę i podcinać skrzydła już na początku muzycznej przygody. Dlatego drogą kompromisu mogę przyjąć, że recenzowany album zasługuje na awans z A klasy do ligi okręgowej, chociaż na Ekstraklasę to zdecydowanie za mało, o Lidze Mistrzów nie wspominając.




Pozdrowiłam serdecznie.
Tazz RBB | tazz@rapbiznes.com

1 komentarz: