RECENZJA: Rosalie. "Flashback"

Ostatnimi czasy coraz liczniejsza grupa rodzimych raperów postanawia dać odpór zimowej aurze i za sprawą dissów podgrzać nieco atmosferę na scenie, przy okazji dość skutecznie nakręcając wzajemną koniunkturę. I choć były momenty to dzisiaj trudno już jednoznacznie odczytać kto z kim tu ciśnie i przede wszystkim po co? Konflikty interesów w znaczeniu dosłownym, uzbrojone po zęby agresywne oddziały internetowych szczekaczy oraz kolejne utwory wpisujące się w bitewną konwencję sprawiają, że dyskretnie zacząłem szukać wyjścia pożarowego i jak najszybszej drogi ewakuacji z tej piaskownicy, przynajmniej na moment. I jeżeli zachodzisz w głowę jaki u licha ma to związek z nową płytą Rosalie, to wiesz, że wyjście ewakuacyjne już znalazłem, a z piaskownicy na chwilę przeniosłem się na głębszą wodę. Rozumisz!?







Kim jest Rosialie? W gruncie rzeczy... piosenkarką, niektórzy nazywają ją także artystką, chociaż tutaj akurat byłbym ostrożny. W żadnym wypadku nie chcę kogokolwiek dyskredytować czy też przypieprzać się do stosowanej terminologii ale cegiełki do dewaluacji kluczowych pojęć też nie dołożę. Dzisiaj artystami są niemal wszyscy, tylko robić nie ma komu. Ksywka Rosalie mignęła mi już jakieś dwa lata wstecz przy okazji recenzji drugiego albumu Flaszek i Szlugów. I o ile jej symboliczny featuring w utworze numer dziesięć nie zrobił na mnie większego wrażenia to już zapowiedź Brata Jordaha rzucona w jednym z popremierowych wywiadów, która dotyczyła wielkiego potencjału i możliwości wokalistki utkwiła w mojej pamięci. Czy Mateusz Gudel mówił prawdę? Czy Rosalie wyśle symbolicznego kopa w krocze zamulonej branży? I czy jeżeli szarobury szarak z polskiego blokowiska sięgnie po ten tytuł to będzie w stanie znaleźć tam wartość? A może wartości tam nie ma? A może to album nie dla szaraków? Hmm, niech "Flashback" będzie odpowiedzią na tak postawione pytania...

01. U.N.D.E.R.S.T.A.N.D.
02. Spokojnie
03. Tell Me
04. TheOne
05. Home
06. Po co?
07. Królowa
08. About Us
09. A pamiętasz?
10. Ocean
11. The Killing
12. Enuff

Na pierwszy rzut oka i ucha naprawdę wszystko tutaj się zgadza, Rozalia Hoffman to piękna i młoda kobieta wyposażona w bądź co bądź oryginalny pomysł na siebie, talent wokalny, który tylko szaleniec mógłby kwestionować oraz brzmienie sygnowane ksywkami uznanych producentów z bardzo różnych muzycznych lądów (m.in. Hatti Vatti, Bitamina, Jordah). I jakby tego było mało dziewczyna staje w jednym szeregu z najlepszymi raperami w tym kraju i dumnie dzierżąc emblemat Alkopoligamii rzuca scenie wyzwanie, a Tobie dwanaście tracków do sprawdzenia. I niech cukierkowa introdukcja nie odwróci Twojej uwagi od mankamentów, które z właściwą dla RBB rezerwą pozwolę sobie wypunktować.


Ad vocem. "Flashback" to z mojego, mocno subiektywnego punktu widzenia produkcja pełna paradoksów i sprzeczności, której lektura dostarczyła mi momentami bardzo odmiennych odczuć. Serio, zanim zdążyłem zdjąć folię z fizycznego wydania albumu przyswoiłem hurtową ilość pochlebnych recenzji płynących głównie z ust stołecznych dziennikarzy pod adresem rzeczonej. Nie ukrywam, że takie natężenie cukru oraz peanów pochwalnych plus cechy charakterystyczne projektu, o których pisałem akapit wyżej w pewnym stopniu ukierunkowały moje wysokie oczekiwania wobec tego LP, jak się później okazało... za wysokie. Przejdźmy do meritum. Największym rozczarowaniem był pierwszy kontakt z albumem, właściwie pierwszy odsłuch. Mentalnie przygotowany byłem na detonację dynamitu, który symbolicznie miał rozerwać moje trzewia, a doświadczyłem jedynie lekkiego mrowienia na plecach powodowanego raczej ujemną temperaturą na zewnątrz, aniżeli wydźwiękiem tych nagrań. Muzyki słucham głównie w aucie. W efekcie nawet tak mało istotne wydarzenia jak lekki korek w centrum miasta i trzy zmiany świateł plus nierówna walka ciepła wydobywającego się z nagrzewnicy z ostatkami szronu na przedniej szybie potrafiły odwrócić moją uwagę od nijakiej jak mi się wówczas wydawało produkcji. No cóż, nie porwało mnie... album ciągnął się jak wczorajsze lekko wystudzone spaghetti, a ja mimo solidnego uczucia łaknienia czegoś świeżego doznawałem kolejnych rozczarowań... pozostając głodny i zły zarazem.

"Zamknięta w miejscach
gdzie obcy ludzie każą jeździć mi po pętlach
uczą tylko deptać po piętach
oczy wlepione mieć w ekran
z instrukcją gdzie biec"

Czy to możliwe, że recenzenci się pomylili? Nie, mimo chłodnego odbioru tych nagrań daleki byłem od stawiania symbolicznego krzyżyka na tym etapie lektury "Flashbacku". Wszakże "przesłuchałeś tylko raz to nie słuchałeś wcale" więc zacznijmy od początku, dajmy sobie jeszcze jedną szansę. I tak wraz z wolumenem podkręconym o jakieś trzydzieści trzy procent otworzyły się przede mną zupełnie nowe wrota i nareszcie zrobiło się świeżo, rześko nawet. I to nie tylko za sprawą mrozu, który malował świat za szybą. "Flashback" to zbiór dwunastu niedefiniowalnych jednoznacznie utworów, które inspirowane amerykańskich rhythm and bluesem balansują gdzieś pomiędzy electropopową nowoczesnością, a funkiem i klasycznymi brzmieniami lat dziewięćdziesiątych. Zróżnicowanie i poziom wybranych tracków odzwierciedla momentami sinusoidę doznań. Od sztosów i mocno klimatycznych, ciepłych utworów, szczególnie tych śpiewanych w języku ojczystym, aż po smętne, gładkie i pozbawione charakteru zaśpiewy, które przelatywały przez moje ucho niepostrzeżone, nie pozostawiają tam kompletnie nic. Słychać także inspiracje i folołapy kształtem przypominające sample ze starych polskich rapowych płyt, pianina, syntezatory i bębny jak z USA, tego teraźniejszego. Muzycznie to level premium, na temat którego nie mam odwagi napisać złego słowa, nawet jeżeli coś, gdzieś mi tam nie zagrało przez pół taktu. Ponadto fajne są te fragmenty, gdzie Rozalia brzmi jak amerykańskie wokalistki soul i R&B z przełomu wieku, słychać tam między innymi Whitney Houston, może Toni Braxton, a czasem Alicie Keys. A to z kolei stanowi fajny kontrast i alternatywny koloryt dla bądź co bądź niuskuklowego w dużej mierze zbioru nagrań.



Co więcej? Ano, lirycznie nie dzieje się tutaj jakaś ultra metafizyka czy magia. Całość ślizga się raczej powierzchni lodu, który nienapierany treścią jakoś mocno po prostu nie pęka. I nie ukrywam, że chwilami miałem z tym pewien problem bo wtórne historie o miłości ubrane w alternatywny i innowacyjny kamuflaż zwyczajnie do mnie nie trafiły, mimo wielu szans. I gdybym nadał "Flashbackowi" miano tylko i aż dobrego i co istotne nienachalnego soundtracku życia codziennego to wielu ą ę znawców zapewne przypisałoby mi butę i ignorancję. Czy słusznie? Nie wiem ale mimo docenienia wysokich standardów produkcyjnych, które charakteryzują to LP mój koleżka gust szepce mi na ucho, że wyżej dobrego daily backgroundu materiał nie skoczy. Ufam mu.

Podsumowując, dość markotny charakter tej recenzji nadała bardzo wysoko zawieszona poprzeczka, którą z jednej strony dzierży marka Alkopoligamii, zaś z drugiej suma pochlebnych ocen, o których pisałem na początku. Mimo wszystko wyczuwam tu pewien dysonans, a poprzeczka w każdej chwili może spać. Dlatego ku zaskoczeniu gremium nie zapiszę się coraz liczniejszego fanclubu Rosalie, chociaż ograniczony wyborem pośród popowych albumów, bez mrugnięcia okiem sięgnę po "Flashback"




Pozdrowienia ze słonecznej strony świata.  
Tazz RBB | tazz@rapbiznes.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz