RANKING: 8 piosenek zniszczonych przez stacje radiowe

W zasadzie odkąd pamiętam nie toleruję i w konsekwencji nie słucham komercyjnych stacji radiowych. Są dla mnie symbolicznym odpowiednikiem jakiegoś maksymalnie wkurwiającego insekta, który przez cały dzień burczy nad uchem serwując średnio przyjemne dźwięki, tylko po to, żeby co chwilę raczyć słuchacza agresywnym blokiem reklamowych, mniej więcej co półgodziny przerywanym najświeższą dawką fakenews'ów z kraju i ze świata. Najkrócej rzecz ujmując to kakofonia odziana w bełkot, na którą od lat nie mam najmniejszej ochoty. I wiesz co jest najgorsze? Nawet jeśli w zalewie tego komercyjnego łajna znajdzie się jeden, dwa, niekiedy trzy dobre utwory, to "radiowcy-bananowcy" wrzucą je na tak gęstą rotacje, że po kilku tygodniach, ewentualnie miesiącach będziesz miał naturalny odruch wymiotny, kiedy usłyszysz ich kilka pierwszych taktów. O tym jest ten tekst, czaisz?






W związku z opisanym powyżej stanem faktycznym sporządziłem całkowicie subiektywne zestawienie ośmiu wartościowych utworów, które ze względu na piekielnie wysoką rotację, zinfantylizowany kontent audycji towarzyszących i komercyjny charakter nadawców zostały zniszczone, zdeptane i w konsekwencji obrzydzone licznej grupie słuchaczy. Z prostej przyczyny nie są to numery rapowe ponieważ tego rodzaju nadawcy nie grają rapu, dlatego też skupiłem się na muzyce jako takiej bez podziałów na gatunki. Każdy z wymienionych utworów jest lub raczej był pozycją obowiązkową na mojej playliście dopóki "radiowcy" skutecznie mnie nie zniechęcili.


 Dżem "W życiu piękne są tylko chwilę" 

Ta wyjątkowa ballada Ryśka Riedla w komercyjnej czasoprzestrzeni sprowadzona została do popowej piosnki z chwytliwym i bujającym refrenem, która ma umilić czas krzątającej się po kuchni Pani Kasi, Gosi czy jakoś tam. W mojej ocenie "otoczka" w postaci coraz głupszych reklam medykamentów, proszków do prania, czy szybkich pożyczek gotówkowych połączona z arcywysoką częstotliwością odtworzeń pozbawia ten numer głębi, jednym zgrabnym ruchem kastrując jego przekaz, wymowę artystyczną i nieprzeciętną charyzmę autora. To bodaj jedyny numer z bogatego repertuaru legendarnego Dżemu, który grają "radiowcy". Ciekawe dlaczego!?


 R.E.M. "Losing my religion" 

Z jednej strony mógłbym przytoczyć tutaj część argumentów dotyczących omawianej powyżej ballady Dżemu ponieważ to równie przyjemna dla ucha kompozycja, a w praktyce nienachalny i niepozorny background życia codziennego wspomnianej gospodyni domowej. Ponadto jeżeli ten pozytywny wydźwięk powodowany miarowym szarpaniem strun gitary akustycznej i charyzmatycznym wokalem Michaela Stipe'a ubierzemy w anglojęzyczny tekst to pytanie retoryczne brzmi - czy ktokolwiek rozumie o czym śpiewa autor i dlaczego nikt nie ma o tym pojęcia? Doskonały przykład utworu, który w radiowym anturażu brzmi niczym symboliczne "la, la, la", a w rzeczywistości woła o twoją uwagę.


 Eric Clapton "Tears in heaven" 

Delikatna, subtelna i wysoce klimatyczna kompozycja w stacjach radiowych najczęściej zapowiadana jako ścieżka dźwiękowa z filmu "Rush", w praktyce jest niczym innym jak hołdem oddanym synowi Erica Claptona o imieniu Conor, który zginął tragicznie w 1991 roku w wieku zaledwie czterech lat. Już sam fakt, że utwór ma charakter requiem'u żałobnego kłóci się z realiami komercyjnych stacji radiowych XXI wieku, gdzie popyt, podaż i poprawność społeczno-polityczna stanowią fundamentalną doktrynę i wyznaczają kierunek oraz formę działalności tych placówek. Wielki utwór, godny wartościowej oprawy.


 Michael Jackson "Earth song"

Psychofanem Majkela nigdy nie byłem ale mam na playliście kilka takich tytułów, które w błyskawicznym tempie powodują lub powodowały gęsią skórę na moim ciele. "Earth song" robił na mnie piorunujące wrażenie, kiedy byłem dzieciakiem przede wszystkim za sprawą mocnego i wymownego teledysku. To bardzo ważny utwór, bezapelacyjny kamień milowy w dziedzinie protest songów i najlepszy przykład na to, że muzyka powinna nieść przekaz, mieć misję, otwierać ludziom głowy i w końcu wzruszać... do granic. Obawiam się, że radiowa nijakość czyni z tej bomby emocjonalnej MJ-a balladę o takim, nieco innym refrenie "aaaaaaaa-uuuuuuuu-aaaaaaaa".


 ZAZ "Eblouie par la nui"

Tutaj sprawa jest nieco bardziej złożona ponieważ dobre były złego początki, kiedy to kilka lat temu jedna z lokalnych stacji radiowych zapoznała mnie z twórczością charyzmatycznej francuskiej piosenkarki za sprawą powyższej kompozycji. Pamiętam, że wrażliwość i ekspresja ZAZ na tyle mnie wtedy urzekła, że jej utwory po dziś dzień stanowią ważne punkty w mojej audiotece, szczególnie pierwszy album. Niestety z wyłączeniem "Eblouie par la nui", który zabiła rotacja, rotacja i jeszcze raz rotacja. Alternatywnie rzecz ujmując z tą częstotliwością odtworzeń jest tak jak z najsmaczniejszym tortem twoich marzeń, który serwowany codziennie po pewnym czasie stanie się najstraszniejszych kulinarnym koszmarem i... puścisz pawia, rozumisz?


 Meat Loaf "I'd do anything for love (but I won't do that)"

Wydaje mi się, że obecnie Meat Loaf-a i jego rzeczy kojarzy coraz to mniejsza liczba słuchaczy. Dlatego skłamałbym gdybym napisał, że na bieżąco monitoruję dyskografię Amerykanina. Mało tego, do tego stopnia jej nie śledzę, że dopiero przy okazji pracy nad powyższym tekstem dowiedziałem się, że chłopina w zeszłym roku wydał kolejny studyjny album po kilkuletniej przerwie. Zatem skąd zamiłowanie do tak archaicznego w formie i treści utworu z lat dziewięćdziesiątych, który przytoczyłem w dzisiejszym zestawieniu? Zakochany byłem tym numerze za dzieciaka. Raz, za sprawą świetnego klipu stylizowanego na baśń o "Pięknej i bestii", a dwa to po prostu doskonały utwór - dynamiczny, ze zmienną tonacją, a dodatkowo ubrany w ciekawą historyjkę o miłości.


 Happysad "Zanim pójdę"

Definicja wysoce złożonego zjawiska społecznego jakim bez wątpienia jest "miłość" w wykonaniu Haappysad'u od lat wielu lat cieszy się uznaniem radiowców. I najkrócej rzecz ujmując na tym polega całe jej nieszczęście bo wystarczy lekko przyłożyć ucho do głośnika, żeby skumać, że to naprawdę wartościowy utwór jest. Paradoks w tym, że na antenie radiowej cały ten szum medialny zlewa się w jeden duży ściek brudów, a z przytoczonego numeru finalnie zapamiętujesz tylko, że "miłość to nie pluszowy miś". To doprawdy smutne bo autorzy podają słuchaczowi wytrych na tacy, a on w swej bezmyślności nadal szuka klucza. 


 Fugees "Killing me softly with his song"

Warto wspomnieć, że wersja Fugees to tylko jedna z wielu interpretacji tego utworu skomponowanego przez Charlesa Foxa już w 1971 roku. Od tamtego czasu piosenkę wykonywali między innymi Roberta Flack, Lori Lieberman, Aretha Franklin czy Frank Sinatra. Piękny, płynący numer, który ma zarówno cechy bujającej ballady, jak i sznyt klasycznego rapowego bengera. Zwróćcie też uwagę na znamienny i wiele mówiący tytuł, który mimo, że został nadany tej kompozycji na początku lat siedemdziesiątych to niejako stanowił swoistą wróżbę dotyczącą jego późniejszej obecności na antenach stacji radiowych.


Post Scriptum dla opornych. 

Powtórzę raz jeszcze, nie mam absolutnie nic przeciwko temu, ażeby tego rodzaju wyjątkowa muzyka gościła na łamach stacji radiowych, także tych komercyjnych. Mało tego, wydaję mi się, że tam również jest jej miejsce... kwestia tylko dostosowania kontentu, czy zoptymalizowania bardzo wysokich rotacji. Ponadto podsumowując dzisiejsze zestawienie być może należałoby również odwrócić sytuację i stworzyć dłuuuugą listę numerów czy wykonawców, którzy już dawno powinny gościć w komercyjnym eterze, a próżno ich tam szukać. 


Pozdrawiam serdecznie.
Tazz RBB | tazz@rapbiznes.com 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz