RECENZJA: Kotzi "Rapdom"

Piąteczka! Wszystkiego dobrego w Nowym 2014 roku. Jak mawia mój ziomek "abyśmy za rok doczekali". Pamiętasz? Ostatnio pisałem o reprezentancie Radomia imieniem Kękę? Minął ponad miesiąc... płyta mi się trochę osłuchała i póki co trafiła na półkę. Co nie znaczy, że zmieniłem zdanie na temat tego typa, nic podobnego - podbijam "Kękę to kozak!". Dlatego też postanowiłem podążać radomskim tropem. Na "Takich rzeczach" kilka razy przewinęła się ksywka Kotzi - coś tam kojarzyłem tą postać z Bandy Unikat, a ostatnimi czasy z gościnnej zwrotki na solówce Siwersa. Myślę... sprawdzę czy kolo wypuszcza jakieś produkcję solowe. Anusz... będzie strzał jak z Kękę. Pah! Pah! W google leci hasło "kotzi radom", a wyszukiwarka poprawia mnie na "kotzi rapdom". Mam cię! - pomyślałem. Skracając, dziś album Kotzi/Luckyloop "Rapdom" leży tuż obok mnie kiedy skrobię ten tekst. A z Kotzim "jeździmy" furką już dobre dwa tygodnie. Uwaga! Będzie recenzja!




Wiesz co? Właściwie mógłbym napisać, że raper Kotzi na swoim pierwszym i mam nadzieje nie ostatnim solo opowiedział mi swoje życie. Pewnie, że to mocne nadużycie. Jak można na trzynastu trackach streścić swoją dotychczasową egzystencję? Nie można. Ale ziomek przeprowadził mnie przez czasy przedszkola, podstawówki, liceum aż po studia wyższe by potem omówić inspiracje muzyczne, zajawkę gierkami, relacje z rodzicami, historię Radomia, a kończąc na utworze będącym hołdem dla Papieża Polska. Dygresja jest taka, że gdybym nie przesłuchał tego albumy od dechy do dechy 483 razy nie uwierzyłbym, że pośród obsrańców serwujących bragga na polskiej scenie znalazła się taka postać. Ponadto Kotzi urodził się tak jak ja w 1984 roku. Świadomość tego, że jego młodość i okres dojrzewania przebiegał równolegle do mojego dodatkowo zachęcało mnie do zapoznania się bliżej z tą produkcją. Kasety VHS, oranżada czy komiksy Donald Duck to dziś symbole naszego pokolenia.




Żeby nie było za słodko. Kotzi nie rozpierdala flow, to fakt. Jest dobre, poprawne i daję radę. Szczerze mówiąc nie ma to większego znaczenia ponieważ największymi zaletami produkcji "Rapdom" jest klimat (bity od Luckyloop niszczą) i zawartość merytoryczna. Reasumując Kotzi ma coś do powiedzenia. Co wbrew pozorom nie jest oczywistą oczywistością na naszej scenie. Album ma jeszcze jedną zaletę... został wydany jako nielegal w bardzo ograniczonym nakładzie i póki co można go nabyć w rozsądnej cenie. Jak znam życie i polski "rynek muzyczny" za chwilę za wersję fizyczną krążka trzeba będzie płacić ciężkie pieniądze. Przykładu nie trzeba szukać daleko radomska Banda Unikat "2007/2010" dziś jest albo niedostępna albo trzeba zapłacić powyżej 100 plnów za ten nielegal. Oczywiście dotyczy to tylko koneserów i kolekcjonerów polskich rap płyt.


 
 
 
Sama wersja fizyczna albumu wydana jest w minimalistycznym choć bardzo przemyślanym stylu, format digipack. Dla zajawkowiczów mogę podesłać fotografię. Choć pewnie za jakiś czas i tak wrzucę je na bloga. Reasumując dzieciaki - Kotzi to dla Was pozycja obowiązkowa. Warto zapoznać się z prehistorią jaką patrząc no obecne postęp technologiczny jest przełom lat 80 i 90. A ja... dalej podążam radomskim tropem. Elo, zdrówka!
 


Zdrówka!
Tazz RBB | tazz@rapbiznes.com


 

Postscriptum.
 

1 komentarz:

  1. Piąteczka za recenzję. Kotzi kocur!

    OdpowiedzUsuń