RECENZJA: Fu "De facto"

Piąteczka! Trudno w to uwierzyć ale "De facto" to już dwunasty na koncie Fusznika; weterana na polskiej scenie, członka legendarnego ZIP Składu. I pomimo, że swoją premierę miał w roku 2011 dopiero teraz trafiła w moje ręce. Mam taki zwyczaj, że niektórych albumów nie sprawdzam do póki nie trafią do mnie na legalu. Fu ma na swoim koncie mniej i bardziej udane produkcje oraz co ważne niemałą liczbę klasyków. Któż z nas nie jarał się takimi sztosami jak "Dystans""Raptowne realia" czy jakże mi bliski "Rap biznes". Wydaje się, że raper z takim stażem powinien lekką ręką zjadać konkurencje. Czy tak było z "De facto"? 

Sprawdź moją recenzję albumu Fu "De facto"







Fusznik od kilku lat, a mówiąc ściśle od przełomu pomiędzy albumami "Krew i dusza" i "Retrospekcje" notuje niepokojący regres. Zarówno jeśli chodzi o flow jak i warstwę tekstową. Wydawałoby się naturalną koleją rzeczy, że raper z każdym kolejnym albumem zalicza sowity progres i dąży ku doskonałości. Jeżeli chodzi o Fu to wyjątek potwierdza regułę ponieważ on szczyt kunsztu rapowo / lirycznego osiągnął przy swoich pierwszych produkcjach. Każdy kto pod koniec lat '90 zaczynał swoją przygodę z rapem ma świadomość, że "Powszedni chleb", "N.O.C.C." czy "Futurum" to 100% klasyki, które katowało na jamnikach setki z nas. 

Nie powiem, że jakoś szczególnie odliczałem dni do premiery "De facto". Nie mniej kiedy koleżka dał mi cynk, że Fusznik wjechał z nowym materiałem ciekawość zaczęła narastać. Podbiłem do sprzedawcy, zaopatrzyłem się w legal, który po chwili kręcił się w moim sprzęcie. 
I startujemy z intro - "Intratny początek", które jednocześnie jest pierwszym pełnym trackiem. Wjazd na bit hardcorowy, później bardziej nudnawo. Sam podkład autorstwa Urban Beats też nic szczególnego. No nic jedziemy dalej... dwójka to "De facto" - numer promujący album. Jeden z lepszych na płycie, głównie dzięki temu, że energiczny bit podklepał Kamilson. Sam tekst już taki typowo typowy (czytaj masło maślane) czyli nic nowego, spodziewałem się więcej. Tropem kolejnych produkcji przelecimy nieco szybciej bo dowiemy się z nich, że Fuszo "Ma na to wyjebane" (drugi singiel), później opowie Ci "A co gdyby było inaczej?", a tą smutną trylogię zakończy śpiewająco "Ulicznym bluesem". Spośród trzech wymienionych tytułów na uwagę zasługują wąsy Fusznika w pierwszym (klipie), solidna gościnna zwrotka Pyskatego w drugim i kompletnie NIC w trzecim. Obieramy kurs na kolejne tracki choć łajba nieco sfolgowana ale zapewnia autor w szóstce "Do trzech razy sztuka" - całkiem przyzwoita zabawa w true story telling więc w końcu robi się ciekawie na co dowodem jest kawalina z gościnnym udziałem Spalto "Tak bardzo trudno". Miejscami słychać w niej starego dobrego Fusza, elegancki refrenik dostarczył Spalto, co w połączeniu z wersami autora tworzy solidną całość. Warto zaznaczyć, że znaczą część podkładów na "De facto" skleił utalentowany Zbylu, co bez wątpienia mocno podnosi jakość projektu. Wracając do podróży przez album warszawiaka to po chwilowej euforii ponownie robi się sennie. To za sprawą nudnego refrenu w "Zmęczonych oczach", średnio udanych szczeknięciach w "Jak Pittbull" oraz kilku oklepanych poradach życiowych w "Filozofii życia". Za nami pierwsze dziesięć kawałków, przyznam szczerze, że naszła mnie wątpliwość co do kontynuowania recenzji / odsłuchu bo materiał solidnie mnie zamulił. Rzut oka na następny track, co? Gościnnie Olsen, ten Olsen. Kurwa powrót po kilku latach, sprawdźmy w jakiej jest formie. I tak popłynęliśmy dalej..."Lepiej budować niż burzyć" z featem Olsena to kozaczek. To jak podróż w czasie, tak jakby w 2005 roku Olsen i Fu wyjęli jeden numer z eleganckiego "Kameleona" i przesunęli jego premierę w czasie o jakieś sześć lat. Bicik, wersy, klimat z tamtych lat, polecam bo się jaram. Niestety późniejsze tracki dorównują poziomem do słabszej pierwszej dziesiątki... "Obudź się Fu" to idealny patent na budzik, nie więcej. Na "Bez limitu" anonimowy francuski raper Mista Don momentami brzmi nie lepiej niż LRP (czytaj Lech Roch Pawlak). Zaś "Ku przestrodze" to kolejne złote porady od autora, jedynie refren daje radę. Na pewno pozytywnym akcentem jest typowy ZIP Składowy kawałek "Zawsze jest nadzieja" ze zwrotką od Felipe. Dziękując za ten feat dla kamrata z ZIP Składu Fusznik napisał "W takich numerach lubię twój raz ziomuś". Wiesz co? Ja też. Ostatnia piąteczka poza spoko dogrywką Pona na "Przesłaniu z daleka" przelatuje mimo uszu. Brakuje jakości.

"De facto" to dla mnie rozczarowanie, spodziewał się znacznie więcej. Poza dosłownie trzema pozytywami oznaczonymi numerami 7, 11 i 16. Powiem króciutko - Fusznik szacunek za poprzednie produkcje ale emeryturka zbliża się nieubłaganie. Niestety.



3 komentarze:

  1. ni chuja nie rozumiem twojego zażenowania tym albumem. Mam oryginał,jaram się nim i jest dla mnie bardzo fajną płytą.Zresztą "Retrospekcje" też były jechane po premierze,a z czasem utwory z tej płyty zostają docenione i wręcz wychwalane czy to na YT czy na forach.Nikomu nic nie pasi,bo każdy od rapera wymaga tego samego.A Fu ma inne zalety niż dobra dykcja i flow. Fu ma głos,styl,i dobre teksty

    OdpowiedzUsuń
  2. Fakt, zgodzę się z tym, że "Retrospekcje" to dobry album. Ale już "De facto"... no coż, nie jaram się zupełnie. Między "N.O.C.C." czy "Futurum", a "De facto" jest przepaść (na każdej płaszczyźnie). Jeśli chodzi o oryginał to w mojej kolekcji ma również swoje miejsce. Głównie ze względu na uznanie dla całej twórczości Fusznika. Zdecydowałem się zebrać całą jego dyskografie. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. dobry albumik.nie idelany,ale taki w sam raz na wieczór w fotelu z drineczkiem. Oldscholowy,jednocześnie pozytywny. Beaty nie przyćmiewaja Fu,tylko daja bardzo eleganckie tło,a Fu raz lepiej raz gorzej ale na jakimś poziomie daje nam kolejne tracki. Szczerze najgorszym albumem i wielka zniżką formy był dla mnie Krew I Dusza.bo choć pierwsze tracki są rewelacyjne,tak od 'ja dalej pisze' robi się chujowo,a potem cholernie przeciętnie.i tak na przemian.

    OdpowiedzUsuń